Życie w Tobolsku

Wielki gubernatorski dwupiętrowy dom kamienny o systemie korytarzowym stał się siedzibą więźniów. Narazić mieli się nieźle. Fale propagandy bolszewickiej nie doszły tu jeszcze. Ludność zdejmowała czapki, mijając dom gubernatorski i robiła znak krzyża. Cara i świtę zasypywano smakołykami. Dzieci w obszernym ogrodzie mogły się oddawać ćwiczeniom fizycznym, miały huśtawkę i górę lodową. Nad wszystkimi czuwał życzliwie tenże pułkownik Kobyliński.

Ale te piękne dni nie trwały dłużej niż 6 tygodni. W końcu września objęli w Tobolsku władzę delegaci rządu centralnego, komisarz Pankratow i jego pomocnik Nikolskij.

Pankratow, jako 18 letni chłopak za zabójstwo żandarma więziony w t. zw. "odinoczce" w Szlisselburgu przez lat 15, przez następne 27 lat trzymany na wygnaniu w kraju Jakutów. Tam właśnie poznał obecnego swego pomocnika zesłańca Nikolskiego.

Obaj - były to typy ludzi może szlachetnych, ale tetrycznych, zgorzkniałych, przeżartych do szczętu zarówno długą męką, jak nienawiścią do carskiego systemu. Względem więźniów, zwłaszcza Nikolskij, stosowali liczne szykany. Nie można było dzieciom patrzeć na ulicę przez dziurki w płocie. Nikolskij własnoręcznie otworzył skrzynię leczniczego wina "St. Raphael" i porozbijał butelki siekierą. "Nasi nie piją, to obejdziecie się i wy..."; pozatem chciał rodzinę carską i świtę fotografować "dla kontroli tożsamości". - Nas to przecie ci krwiopijcy fotografowali z rękami na piersiach...

Najgorszem jednak było to, że ci doktrynerzy nawracać poczęli na swoją wiarę eserowską (byli socjal-rewolucjonistami) żołnierzy z oddziału strażniczego. Skutek był ten, że wszyscy oni zbolszewizowali się i wreszcie 9 lutego 1918 r. przepędzili niefortunnych nauczycieli.

Znowu rozpoczęła się długa linja szykan, chamstwa, urągowiska... Na złość dzieciom żołdactwo rozkopało górę lodową. Deskę huśtawki, której używały cesarzówny, pokrywano pornograficznemi napisami i rysunkami. Mieszano się do wewnętrznego trybu życia więźniów, kazano służbie zalokować się z nimi w jednym domu i t. d.

Uderza to, że wobec tej czerni Mikołaj nie umiał znaleźć się z dostateczną godnością. To trzymał się, śmiesznych w jego sytuacji, dawnych nawyczek, witając np. protekcjonalnie spotykanych wartowników: "zdorowo, striełok", na co otrzymywał odpowiedzi "ja nie striełok, ja towarzysz", albo jeszcze gorzej; to znowuż wpadał w inną krańcowość, "lazł z łapą", podawał rękę, której nie przyjmowano. To czasem wystroił się w czerkieskę ze szlifami pułkownikowskiemi i kindżałem za pasem, który musiał natychmiast zdejmować wobec wycia czerni, żądającej, żeby się rozbroił; to znowuż zachodził, niewiadomo po co, do wartowni grać w warcaby z żołnierzami.

Równocześnie po raz pierwszy zawitał nowy, uciążliwy gość - niedostatek. Kiereński wspaniałomyślnie wyprawił cara z pół setką świty - ale pieniędzy na utrzymanie nie dostarczał. Żołnierze nie otrzymywali obiecanych djet, co ich rozbestwiało coraz bardziej.

Aż pewnego razu kucharz Charitonow zakomunikował pułkownikowi Kobylińskiemu, że kupcy nie dają więcej "na kredkę". Narazie udało się wydobyć nieco pieniędzy na weksle, żyrowane przez Tatiszczewa i Dołgorukowa.

23 lutego 1918 r. wreszcie pułk. Kobyliński otrzymał depeszę od nowego rządu, bolszewickiego. Głosiła ona, że "lud pracujący nie posiada środków na żywienie b. cara z rodziną. Przyznaje się im tylko lokal, światło, opał i racje żołnierskie".

Stół pogorszył się znacznie. Znikła kawa, masło, śmietanka. Brak było cukru. Zwolniono ze służby 10 osób.

Niebawem (12 kwietnia) przyszedł rozkaz aresztowania Tatiszczewa, Dołgorukowa, Hendrykowej i Sznejderowej. Ale zbolszewiczały konwój poszedł dalej i wyaresztował całą świtę.

Jeden Gibbs umiał bronić swojej swobody. Uparty anglik odpierał skutecznie wszelkie zamachy na swoją osobę i flegmatycznie kontynuował - lekcje angielskiego.


J. Łużyc, Kaźń Mikołaja II oraz członków rodziny Romanowych. www.stalin.tv. © Krzysztof Bar 2005