Zabójstwo Wielkich Książąt w Ałapajewsku

Krwawy sąd nad rodziną carską nie ograniczył się do obrębu Ekaterynburga.

W tym samym czasie do głuchego prowincjonalnego miasta poduralskiego Ałapajewska, niezbyt odległego od Ekaterynburga, zwieziono wielką Księżnę Elizawetę Teodorówne. W. Książąt Siergieja Michajłowicza, Joanna Konstantynowicza, Konstantyna Konstantynowicza, Igora Konstantynowicza i towarzyszącego im księcia Paleja.

Było to 20 maja 1918 roku. Więźniów umieszczono w solidnych, grubych murach podmiejskiej szkoły. Wraz z nimi zalokowano wartę, jak zwykle zbieraninę Austryjaków, Węgrów i Łotyszy oraz kilku osób służby.

Narazie regulamin wiezienia nie był zbyt srogi, ale już po miesiącu, gdy w połowie czerwca uciekł więziony w Permi W. Ks. Michał Aleksandrowicz (patrz rozdział następny), zaostrzono w sposób dotkliwy nadzór nad więźniami.

Nocą 18 lipca szerokie echa salw karabinów ręcznych i maszynowych zerwały mieszkańców Ałapajewska ze spoczynku. W ciemni nocnej biegły w pośpiechu porwane na nogi oddziały bolszewickie, nabijająć i repetując karabiny. Oddziały te zaraz za miastem rozsypały się w tyraljerę i szły do ataku... na szkołę, będącą więzieniem Wielkich Książąt.

Szkoła - ciemną sylwetą majacząca wśród nocy - milczała...

Kiedy pierwsze łańcuchy czerwonej tyraljery dopadły ganku szkoły, żołnierze ujrzeli na nim komisarza Smolnikowa, który ciskał się z rewolwerem w dłoni, "rugałsia po matiernomu", jak powtarzali potem.

Z tego wszystkiego żołnierze wyrozumieli, że na szkołę został dokonany napad jakiejś bojówki "białych", która porwała więźniów i "uwiozła ich aeroplanem".

U ostatniego stopnia w kałuży krwi leżał trup jednego z napastników.

Nazajutrz, dnia 19 lipca, fakt ten był podany do wiadomości publicznej, rozklejonemi po mieście afiszami.

Zaś Ałapajewski Sowdep tejże nocy o godz. 3 min. 15 nadał do Okręgowego Sowdepu w Ekaterynburgu depeszę tej treści:

Wojenna. Ekaterynburg. Uraluprawlenie. 18 lipca druga w nocy uzbrojona banda niewiadomego pochodzenia zaatakowała szkołę, w której byli więzieni Wielcy Książęta. W czasie strzelaniny został zabity jeden z bandytów, kilku rannych. Zdołali oni zbiedz wraz z książętami i służbą w kierunku lasu. Ująć nie zdołano. Poszukiwania, śledztwo w toku. Ałapajewski Ispołkom. Abramow. Perminow. Ostanin.

Ale nie pomogły ani afisze, ani trup, ani strzelanina nocna. Ałapajewsk enuncjacjom sowieckim nie wierzył. Ałapajewsk uporczywie twierdził, że więźniów zamordowano.

To też kiedy 28 września tegoż roku wojska "białego" admirała Kołczaka zajęły Ałapajewsk, z jego polecenia specjalnie delegowany urzędnik Malszikow rozpoczął śledztwo.

Z zeznań kucharki Kriwowej, która przychodziła gotować Wielkim Książętom, ustalono, że dnia poprzedzającego krytyczna noc zajął szkołę czekista Piotr Starcew, prowadząc ze sobą oddziałek komunistów-robotników, który zamienił dotychczasową wartę. Starcew odebrał więźniom ostatnie ich pieniądze i zapowiedział, że wszyscy oni nocą będą przewiezieni do fabryki Wierchnie-Siniaczichieńskiej, odległej o 15 wiorst od Ałapajewska. Kucharkę Kriwową ogromnie naglono, żeby prędzej podała obiad i szła sobie, a kiedy ta ostatnia chciała spakować jakieś produkty na drogę, nie pozwolono jej na to, mówiąc, że jutro je do Siniaczichieńskiej fabryki będzie mogła dowieźć.

A więc w nocy krytycznej miano więźniów wywieźć! Nie ulegało już wątpliwości, że jedynymi aktorami czynnymi dramatu byli bolszewicy.

Śledztwo więc poszło dalej w kierunku Siniaczychy. Traf - ten przyjaciel śledztwa i wróg zbrodniarzy, pomógł i tu.

Na jakiś czas przed ową nocą chłop pewien z pod Ałapajewska, Iwan Sołonin umyślił się żenić. Zamówił więc u sąsiada, Aleksandra Samsonowa pewną ilość "samogonki", a że bolszewicy nie pozwalali wódki pędzić, tedy Samsonow, mistrz tego potajemnego kunsztu, otrzymawszy zadatek, zakupił "surowiec" i z całem "laboratorjum" pojechał w lasy.

Los chciał, że ślub nie doszedł do skutku i małżeństwo się rozchwiało. Obolała niedoszła teściowa, matka narzeczonego, nie chcąc powiększać boleści wypłatą za niepotrzebną już "samogonkę", umyśliła w skuteczny sposób pozbyć się jej fabrykanta, denuncjując władzom sowieckim miejsce pobytu w lasach Samsonowa.

Uprzedzony o tem przez życzliwych Samsonow rozdał im w nagrodę już wypędzoną wódkę i ruszył drogą okólną do Ałapajewska z powrotem.

Działo się to w nocy 18 lipca.

W drodze Samsonow natknął się na dziwny kondukt. Jechało wolno krok za krokiem 10-11 wozów. Na każdym znajdowało się dwu ludzi. Ludzie ci zachowywali się cicho. Jak zeznawał Samsonow szereg wozów posuwał się bez zwykłych w takich razach pokrzykiwań i nawoływań, bez rozmów.

Teraz więc Malszikow skierował badania wzdłuż drogi do Siniaczychy. Niebawem w jej okolicach natknął się na zapuszczone stare sztolnie. Badając dalej, znalazł jedną z nich przysypaną ziemią, którą ktoś świeżo kopał.

Sprowadzono ludzi. Zaczęto odkopywać szyb. Głębokość kopalni sięgała 28 sążni, ściany szybu były obelkowane.

Dnia 8 października odkopano trup lokaja Remeza; 9 października wydobyto zwłoki zakonnicy Jakowlewowej, będącej towarzyszką W. Księżny i księcia Paleja; 10 października dał trupy Konstantego i Igora Konstantynowiczów oraz W. Ks. Siergieja Michajłowicza; wreszcie 11 października wydobyto ciała W. Księżnej Elizawety Teodorówny i Księcia Joanna Konstantynowiecza.

Należało teraz odtworzyć obraz mordu. Nie ulegało wątpliwości, że nad brzeg szybu przywieziono delikwentów żywych. Kriwowa zeznała, że Starcew miał ze sobą tylko "kilku" ludzi, skazańców wieziono ośmiu, zaś Samsonow widział 10-11 wózków, na każdym dwuch ludzi bez furmana. Liczba się zgadza. Ofiary byly rozsadzone pojedyńczo i przy każdej siedział oprawca.

Podjęto więc teraz szczegółową obdukcję ciał. Cała ona wynikła przerażająco: okazało się, że prócz W. Ks. Siergieja Michajłowicza, któremu przestrzelono czaszkę, żadna z ofiar nie była ani zastrzelona, ani cięta lub pchnięta jakąkolwiek bronią sieczną lub ostrem narzędziem. Sekcja wykazała tylko silne zapłynięcie krwią ("krowopodtieki"), pęknięcia kości i t. p. Tak, nie ulegało wątpliwości: ofiary strącono żywe w 28-o sążniową czeluść kopalni; spadając, obijały się o poprzeczne belki sztolni. Nad dogorywającymi zawalono szyb wybuchami ręcznych granatów.

Skąd jednak ów trup rzekomego "białego bandyty", o którym donosił w depeszy Ałapajewski sowiet, którego widzieli w kałuży krwi przed gankiem żołnierze zdyszanej tyraljery?

Dalsze śledztwo wyjaśniło i ten ostatni szczegół.

W ręce wojsk Kołczaka wpadł "kormisarz sprawiedliwości" Ałapajewska, członek miejscowego sowietu, Abramow i wreszcie dowódca oddziału siepaczy, Piotr Starcew.

Jaki los ich spotkał - akta "białogwardyjskiego" śledztwa, z którego czerpiemy materjał, dyskretnie nie podają. Podają natomiast ich zeznania. Domniemany "bandyta", którego trupa oglądano pod szkołą, był to chłop z fabryki Sałdina. Pojmany był zawczasu, na kilka dni przed 18 lipca, przyprowadzony przed ganek szkoły i tam ustrzelony.

Starcew zeznał, że więźniów zabito na rozkaz, który nadszedł z Ekaterynburga i że celem jego wyreżyserowania przyjeżdżał z Ekaterynburga Safarow, który należał do sztabu Lenina i w 1917 r. przyjechał z nim razem do Rosji w zaplombowanym wagonie.

Zbrodnię Ałapajewską od Ekaterynburskiej przedziela jedna tylko doba.

Termin, jednakowy sposób wprowadzenia w błąd więźniów pod pozorem ich wywożenia, jednakowy sposób ukrycia ciał - wszystko to wskazuje, że obu masakrami kierowała taż sama ręka.


J. Łużyc, Kaźń Mikołaja II oraz członków rodziny Romanowych. www.stalin.tv. © Krzysztof Bar 2005